Doom spending – wydałam 40 tysięcy, żeby zagłuszyć ból rozstania
Historia Dominiki, 36 lat, Gdynia – o pięciu miesiącach, w których kupowałam wszystko, żeby nie poczuć jednego
Kategoria: Wasze Historie
Wiem dokładnie, ile kosztował mnie doom spending po rozstaniu: 40 312 złotych. Znam tę kwotę co do złotówki, bo kiedy w końcu otworzyłam aplikację bankową, przepisałam ją do notatki w telefonie i patrzyłam na nią tak długo, aż ekran zgasł.
To było pięć miesięcy kupowania wszystkiego, co dało się włożyć do koszyka, byle tylko nie poczuć jednego. Że Piotr odszedł, a ja zostałam w mieszkaniu, w którym każda rzecz wciąż była „nasza”.
Nazywam się Dominika, mam 36 lat, mieszkam w Gdyni i projektuję cudze wnętrza. Zawodowo potrafię policzyć, ile kosztuje metr kwadratowy ciepła, i podpowiedzieć klientom, na czym nie warto oszczędzać. Własnego życia przez pięć miesięcy nie policzyłam ani razu.
Kiedyś wpisałam w wyszukiwarkę pytanie, czy to normalne, że po rozstaniu kupuję więcej, niż jestem w stanie unieść. Znalazłam poradniki o inflacji, o oszczędzaniu i o modzie. Nikt nie napisał, że można wydać czterdzieści tysięcy nie na luksus, tylko po to, żeby przetrwać wieczór.
Dlatego piszę tę historię. Nie jestem psycholożką ani doradczynią finansową. Jestem kobietą, która przez to przeszła, i dzielę się tym, czego dowiedziałam się od siebie, od mojej terapeutki i z lektur.
Jeśli właśnie wrzucasz do koszyka kolejną rzecz, której nie potrzebujesz, a po kliknięciu „zapłać” czujesz ulgę trwającą krócej niż kurier do ciebie jedzie, ten tekst jest dla ciebie.
Spis treści
- Ostatni piątek lutego – dzień, w którym zniknęło słowo „nasze”
- Godzina 17:15 i pierwsza paczka – tak zaczął się mój doom spending
- Doom spending – czym jest i dlaczego dotyczy też rozstań
- Szafa pełna metek – trzydzieści jeden rzeczy dla kobiety, której nie ma
- Dlaczego doom spending przynosi ulgę, która trwa tylko kilka godzin
- Lizbona dla jednej osoby – wyjazd, który miał być ucieczką
- Łóżko szersze o dwadzieścia centymetrów – doom spending w moim własnym domu
- Płaciłam za wszystkich – gdy doom spending zamienia się w kupowanie obecności
- Butik, w którym znali moje imię
- Pięć zdań, którymi tłumaczyłam sobie doom spending
- Czterdzieści tysięcy trzysta dwanaście złotych – bilans doom spendingu
- Ola przyjechała z workami na ubrania
- Doom spending po rozstaniu – 7 sygnałów, że to już ucieczka, a nie zakupy
- 8 zasad, które zatrzymały mój doom spending
- Co naprawdę kupowałam – rozmowa z terapeutką
- Październik, 17:15 – jak wygląda mój dzień dzisiaj
- Doom spending – czego nauczyła mnie ta historia
- FAQ – doom spending po rozstaniu, najczęstsze pytania
1. Ostatni piątek lutego – dzień, w którym zniknęło słowo „nasze”
Piotra poznałam, kiedy miałam 28 lat. Osiem lat później mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu w Orłowie, z widokiem na kawałek morza, jeśli stanęło się na palcach przy oknie w kuchni. Mieliśmy swoje rytuały. W niedzielę targ, w piątki makaron, wieczorami jego opowieści o pracy, a moje o klientach, którzy chcą „coś jak w katalogu, tylko tańsze”.
Piotr wracał z pracy codziennie o 17:15. Wiem to tak dokładnie, bo przez osiem lat nauczyłam się rozpoznawać dźwięk jego klucza w zamku. Dwa obroty, szarpnięcie za klamkę, jego głos z przedpokoju: „Jestem”.
W ostatni piątek lutego klucz zazgrzytał o 17:15, jak zawsze. Ale głos z przedpokoju nie powiedział „Jestem”. Usłyszałam ciszę, a potem: „Dominika, możesz przyjść?”. Na kuchence czekała woda na piątkowy makaron.
Stał w kurtce. Nie zdjął butów. Powiedział, że jest zmęczony, że nie potrafi już udawać, że jest dobrze, i że od roku wie, że to nie to, tylko nie miał odwagi tego powiedzieć. Nie powiedział, że ma kogoś. Nie powiedział nawet, że mnie nie kocha. Powiedział: „Ja się po prostu zgubiłem, a ty zasługujesz na kogoś, kto się nie zgubił”.
Nikt mi nie powiedział, że można stracić osiem lat w trzy minuty i nie dostać nawet powodu, na którym dałoby się oprzeć gniew.
Nie krzyczałam. W niedzielę Piotr zabrał jedną walizkę i monitor. Pomagałam mu szukać ładowarki do telefonu. Do dziś nie rozumiem, dlaczego to właśnie ją znalazłam w szufladzie jako pierwszą i dlaczego podałam mu ją z uśmiechem, jakby wyjeżdżał na delegację.
Kiedy drzwi się zamknęły, poczułam coś dziwnego. Nie rozpacz, tylko brak. Jakby ktoś wyniósł z mieszkania powietrze razem z walizką.
Na koncie oszczędnościowym, który nazwaliśmy „Nasze mieszkanie”, leżało 22 tysiące złotych. Moich, bo Piotr od dwóch lat obiecywał, że wpłaci swoją część „po awansie”. To konto było moją wiarą w jutro. Nie wiedziałam jeszcze, że za pięć miesięcy będzie na nim zero i że zaczyna się mój doom spending.
2. Godzina 17:15 i pierwsza paczka – tak zaczął się mój doom spending
Pierwszy tydzień przetrwałam na pracy. Rysowałam, mailowałam, jeździłam do klientów. Dla świata byłam sobą. Dopiero wieczorami, a dokładniej o 17:15, mieszkanie zamieniało się w pudło pełne dźwięków, których nie było.
We wtorek o tej godzinie stałam w przedpokoju z telefonem w ręku i nie wiedziałam, po co tam stoję. Odruchowo czekałam na klucz. Zamiast tego otworzyłam aplikację sklepu internetowego, w którym kiedyś kupiłam szalik, i zobaczyłam płaszcz. Camelowy, kaszmirowy, za 1 290 złotych.
Nie potrzebowałam płaszcza. Miałam trzy. Ale kliknęłam „kup teraz” i poczułam, jak z klatki piersiowej schodzi mi coś ciężkiego. Przez kilka minut oddychałam swobodnie.
Następnego dnia kurier zadzwonił domofonem. Pierwszy raz od tygodnia ktoś do mnie przyszedł. Rozpakowywałam ten płaszcz z namaszczeniem, jakby w środku był list.
Dopiero dużo później zrozumiałam, co naprawdę zamówiłam. Nie płaszcz. Zamówiłam jutro. Paczka miała jedną cechę, której nie miało nic innego w moim życiu: była w drodze. Ktoś do mnie jechał, coś się miało wydarzyć. Przez jeden dzień miałam na co czekać.
Nie kupowałam rzeczy. Kupowałam kolejny dzień, w którym miałam powód, żeby ktoś zadzwonił do mojego domofonu.
Od tamtego wtorku mój doom spending miał stałe godziny pracy. Zamawiałam codziennie. Zawsze o 17:15, zawsze z telefonu, zawsze w przedpokoju, zanim zdążyłam zdjąć buty. Wchodziłam do aplikacji tak, jak się wchodzi do ciepłej wody po całym dniu na mrozie. Najpierw ulga, potem zimno, które jest jeszcze gorsze niż przed kąpielą.
3. Doom spending – czym jest i dlaczego dotyczy też rozstań
Gdyby ktoś w marcu powiedział mi, że uprawiam doom spending, wzruszyłabym ramionami. Znałam to określenie z wiadomości i kojarzyłam je z młodymi ludźmi, którzy w czasach kryzysu i złych newsów kupują torebki zamiast odkładać na mieszkanie.
Doom spending to bezmyślne, impulsywne wydawanie pieniędzy, które ma uspokajać i dawać poczucie kontroli, wywołane pesymistycznym patrzeniem na własną przyszłość.
Termin zrobił karierę w mediach społecznościowych w ostatnich latach. W polskich mediach tłumaczy się go jako „zakupy w czasach zagłady”. Zwykle opisuje się go w kontekście gospodarczym: inflacji, cen mieszkań, ciągłego napływu złych wiadomości. Z badania Credit Karma z listopada 2023 roku, przeprowadzonego wśród ponad tysiąca Amerykanów, wynikało, że ponad jedna czwarta badanych wydaje pieniądze bez zastanowienia właśnie po to, żeby poradzić sobie ze stresem (opisuje to Forsal).
Ekspertka cytowana w tym tekście, wykładowczyni finansów z King’s Business School, mówi o „iluzji kontroli”. Kiedy świat wydaje się nie do opanowania, zakupy dają przynajmniej jedną rzecz, nad którą mamy władzę: wybór koszyka.
Czytałam to wszystko dopiero po fakcie i miałam dziwne poczucie, że opisano mnie. Tyle że mnie nie przestraszyła inflacja ani wiadomości z kraju. Mnie przestraszyła przyszłość, w którą przestałam wierzyć, bo jeszcze w lutym miała twarz Piotra i adres, który razem wybieraliśmy w ogłoszeniach.
Doom spending po rozstaniu – uczciwie o tym, co wiemy
Nie ma badań, które opisywałyby dokładnie to, przez co przeszłam. Doom spending to nie jest diagnoza ani oficjalna kategoria medyczna, tylko potoczna nazwa zjawiska. W tej historii używam jej szerzej, niż robią to ekonomiści: jako opisu wydawania pieniędzy po to, żeby nie poczuć straty.
Mechanizm jest jednak ten sam. Ból, poczucie braku kontroli, pustka w przyszłości i szybki, kupowany sposób, żeby to przytłumić. Różni się tylko wyzwalacz. Dla jednych jest nim wiadomość o kryzysie, dla innych, tak jak dla mnie, dźwięk klucza, który nie nadszedł.
Dlaczego doom spending to nie tylko sprawa pieniędzy
Dla ludzi z zewnątrz doom spending wygląda jak kłopot z budżetem. Od środka jest czymś zupełnie innym. Pieniądze stają się walutą, w której płacisz za coś, czego nie da się kupić: za poczucie bezpieczeństwa, za czyjąś uwagę, za jutro, które znów ma sens. Dlatego same tabelki w Excelu rzadko pomagają. Najpierw trzeba usłyszeć, co tak naprawdę kupujesz.
4. Szafa pełna metek – trzydzieści jeden rzeczy dla kobiety, której nie ma
Do końca kwietnia kupiłam trzydzieści jeden sztuk odzieży i dodatków. Trzy płaszcze, dwie kurtki skórzane, siedem sukienek, sześć par butów, torebki w kolorach, w których nigdy nie chodziłam. Łącznie 11 480 złotych.
Nosiłam trzy rzeczy. Dziewiętnaście z nich w ogóle nie wyjęłam z folii. Resztę rozpakowałam, przymierzyłam przed lustrem w przedpokoju i odwiesiłam z metką. Szafa zaczęła wyglądać jak sklep, w którym nikt nie robi zakupów.
Pamiętam wieczór, kiedy otworzyłam ją szerzej i pierwszy raz zobaczyłam całość. Wisiały tam sukienki, które nadawały się na wesele, na rozmowę o pracę, na romantyczną kolację w Sopocie. Do życia, którego nie miałam.
Kupowałam dla kobiety, którą miałam stać się za rok: szczęśliwej, wyleczonej, z lekkim krokiem i apetytem na świat. Każda sukienka była zakładem, że ona kiedyś przyjdzie. Tymczasem ja stałam w przedpokoju w starym dresie i patrzyłam na obcą garderobę. Taka była pierwsza twarz mojego doom spending: elegancka, uporządkowana, w kolorze kamelowym.
Ubrania na życie, które jeszcze nie nastało. To była moja wiara w przyszłość, tylko opakowana w folię i pozbawiona oddechu.
Taki doom spending ma swoją cenę, ale prawdziwy koszt nie leży w kwocie na paragonie. Leży w tym, że każda niewyjęta z folii sukienka przypominała mi codziennie, że nie jestem jeszcze tą kobietą. Szafa, która miała dawać mi nadzieję, zamieniła się w galerię porażek.
5. Dlaczego doom spending przynosi ulgę, która trwa tylko kilka godzin
Moja terapeutka powtarza, że to, co robimy, żeby przestać czuć, zawsze ma jakiś sens. Żadne zachowanie nie bierze się znikąd. Doom spending po rozstaniu też nie jest „głupotą”, tylko próbą regulacji emocji dostępnym narzędziem.
Badacze opisywali, że sama decyzja o zakupie może zmniejszać resztkowy smutek. W eksperymentach Scotta Ricka, Beatriz Pereiry i Katherine Burson z 2014 roku osoby, które w nastroju smutku dokonywały wyborów zakupowych, czuły się potem mniej smutne niż te, które tylko oglądały produkty. Autorzy tłumaczyli to odzyskanym poczuciem kontroli: skoro nie mogę zmienić, co się stało, mogę przynajmniej wybrać kolor torebki.
Inna analiza, Jennifer Lerner, Ye Li i Elkego Webera z 2013 roku, pokazała, że smutek może zwiększać niecierpliwość i skłonność do wybierania szybszej, mniejszej nagrody. Smutny człowiek częściej bierze „tu i teraz” zamiast „później, ale więcej”. Doom spending działa dokładnie w tym miejscu. Daje natychmiast, a płaci się później.
Do tego dochodzi oczekiwanie. Badania nad układem nagrody sugerują, że samo czekanie na coś dobrego bywa dla mózgu silniejsze niż to, co wreszcie dostajemy. Dlatego w moim przypadku największą ulgę czułam nie wtedy, gdy rozpakowywałam paczkę, tylko gdy dostawałam powiadomienie „Twoja przesyłka jest w drodze”.
Problem polega na tym, że w doom spendingu ulga przemija szybciej, niż nadjeżdża kurier. Zostaje dług emocjonalny, a nierzadko i finansowy. Kiedy ulga mija, trzeba ją odnowić, i to większą dawką. Tak zaczyna się spirala: wydatek, wstyd, większy lęk o przyszłość, następny wydatek.
Dziś wiem jeszcze jedno. Moje ciało nie potrzebowało płaszcza, tylko uspokojenia. Układ nerwowy po nagłej stracie działa jak alarm, który nie umie się wyłączyć, o czym szerzej piszemy w tekście o regulacji układu nerwowego po rozstaniu. Zakupy dawały krótką pauzę. Oddech i ruch dawałyby ją za darmo.
6. Lizbona dla jednej osoby – wyjazd, który miał być ucieczką
W kwietniu uznałam, że problem tkwi w mieszkaniu. Że wystarczy wyjechać, a ból zostanie w Gdyni razem z kurierami. Kupiłam bilet do Lizbony, hotel w Alfamie, kolację w restauracji z gwiazdką i bilet na koncert fado. Wszystko w ciągu dwudziestu minut, przy porannej kawie, na telefonie.
Sześć dni kosztowało mnie 8 940 złotych. Lot, hotel, zabiegi w hotelowym spa, restauracje i zestaw dwunastu ręcznie malowanych talerzy, których nie dało się zabrać do samolotu, więc zapłaciłam jeszcze sześćset czterdzieści za wysyłkę.
Najlepiej pamiętam trzeci wieczór. Weszłam do małej restauracji w uliczce nad rzeką i poprosiłam o stolik dla jednej osoby. Kelner zaprowadził mnie do stolika przy oknie, nakrytego dla dwojga. Zobaczyłam, jak sięga po drugi talerz i drugi kieliszek, żeby je zabrać.
Powiedziałam: „Proszę zostawić”. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Kelner spojrzał na mnie uprzejmie, bez zdziwienia, i odstawił talerz na miejsce. Jadłam kolację przy stole dla dwojga, patrząc na pusty kieliszek naprzeciwko, i płaciłam za wino, które wypiłam sama.
Wróciłam do Polski bez ulgi. Ze zmęczeniem, którego nie dało się wyspać, i z poczuciem, że uciekłam, ale z całym ciężarem na plecach. Ból nie zostaje w mieście, które opuszczasz. Jedzie z tobą w tym samym bagażu, tylko droższym. Doom spending nie zna kilometrów.
Już na lotnisku w Gdańsku, czekając na taksówkę, zamówiłam sofę. Kolejną, bo ta, na której siedzieliśmy z Piotrem, nagle wydała mi się „zbyt wspomnieniowa”.
7. Łóżko szersze o dwadzieścia centymetrów – doom spending w moim własnym domu
Jestem projektantką wnętrz. Wiem, że przestrzeń wpływa na nastrój, i miałam poczucie, że znam odpowiedź. Skoro wspomnienia mieszkają w meblach, trzeba je wymienić. W maju przerobiłam całe mieszkanie, a właściwie wynajęte wnętrze, które nie było nawet moje.
Nowa sofa. Nowy dywan. Zasłony w kolorze, który Piotr nazywał „zimnym”. Nowe łóżko, szersze o dwadzieścia centymetrów, z dwoma stolikami nocnymi i pościelą z lnu, bo len ma „spokojną fakturę”. Wyrzuciłam fotel, który Piotr kupił w Gdańsku, i wyniosłam lampkę z jego strony łóżka.
Tak wydałam kolejne 9 610 złotych. Fachowo, ze smakiem, z rabatem „dla architektów”. Nikt na świecie nie wyglądałby na kobietę, która ma problem. Wyglądałam na kogoś, kto świetnie sobie radzi.
Kiedy ostatni kurier wyszedł z mojego mieszkania, stanęłam w sypialni i patrzyłam na łóżko. Było piękne. Było ogromne. A połowa po lewej stronie była dokładnie tak samo pusta jak przedtem, tylko jeszcze większa.
Kupiłam łóżko szersze o dwadzieścia centymetrów, żeby pustka nie była tak widoczna. Pustka urosła razem z łóżkiem.
Zawodowo wiem jedno. Wnętrze możesz odmienić w tydzień, ale nie zmieni się to, co w nim czujesz. Kiedy ktoś wchodzi do mojego mieszkania, mówi: „Jak tu pięknie”. Nikt nie wie, że ten urok kosztował mnie sporą część oszczędności. Nikt nie wie, że to był jeden z najdroższych kamuflaży w moim życiu.
Doom spending w domu ma jeszcze jedną pułapkę, o której rzadko się mówi. Zmusza cię do rozmów o szczegółach, które rozpraszają. Czy ten kolor jest zbyt ciepły? Czy dywan ma dobrą gęstość? Kiedy debatujesz o gęstości, nie musisz debatować o samotności.
8. Płaciłam za wszystkich – gdy doom spending zamienia się w kupowanie obecności
W czerwcu dołączyła nowa forma. Zaczęłam organizować kolacje. Dla znajomych, dla rodziny, dla ludzi z pracy. Zawsze w eleganckich restauracjach w Sopocie, zawsze z szampanem na początek, zawsze z rachunkiem, który „oczywiście, ja”.
Na urodziny Oli kupiłam jej bransoletkę za 2 300 złotych. Ola, moja najlepsza przyjaciółka od studiów, obejrzała pudełko, a potem mnie. „Dominika, to za dużo” – powiedziała. Uśmiechnęłam się i machnęłam ręką. „Stać mnie”.
Chodziłam też do kosmetyczki, fryzjerki i na zabiegi, które obiecywały „regenerację”. Zrobiłam sobie zabieg na twarz, laminację rzęs i keratynowe prostowanie włosów. Zaczęłam wyglądać jak ktoś, kto świetnie się trzyma po trudnym czasie. W środku czułam się jak pusta szafa.
W jeden czerwcowy wieczór, kiedy zapłaciłam rachunek za ośmioro znajomych, Ola odciągnęła mnie na bok. Powiedziała cicho: „To już czwarty raz w tym miesiącu płacisz za wszystkich. Dominika, ja nie pytam o pieniądze. Pytam, czy ty się boisz, że jak przestaniesz płacić, to nikt nie przyjdzie”.
Odpowiedziałam: „Nie wygłupiaj się”. I poszłam po taksówki dla całej ekipy.
Zadzwoniła wtedy także mama. Mieszka w Rumii i od lat nie ufa telefonom, więc kiedy dzwoni, coś jest nie tak. Opowiedziałam jej, że kupiłam jej ekspres do kawy za prawie cztery tysiące, bo „przecież zasługuje”. Zapadła cisza.
– Dominika – powiedziała w końcu – ja nie chcę ekspresu. Ja chcę, żebyś przyjechała w niedzielę na obiad i nic nie przywoziła.
Odłożyłam słuchawkę i pomyślałam, że mama, która nie zna słowa „doom spending”, zrozumiała to szybciej niż ja. Pojechałam w niedzielę z pustymi rękami i pierwszy raz od miesięcy zjadłam cały obiad.
Dopiero w lipcu zrozumiałam, że Ola miała rację. Gdzieś w środku wierzyłam, że jestem ciekawa dla ludzi, dopóki jestem hojna. Że jeśli nie będę stawiać kolacji, zostanie tylko ta kobieta, od której odszedł mężczyzna, bo „zgubił się”. Kupowałam obecność, bo bałam się, że bez niej zostanę sama z tym, co naprawdę czuję.
Łącznie na kolacje, prezenty, zabiegi i taksówki poszło 8 164 złote. Jeszcze drobiazgi z paczek, książki, rośliny w donicach, których nie umiałam pielęgnować, i gadżety kuchenne. To kolejne 2 118 złotych. Rachunek rósł po cichu, jak woda w łazience, kiedy nikt nie sprawdza kranu.
9. Butik, w którym znali moje imię
W połowie lipca weszłam do butiku przy Monciaku w Sopocie. Szłam tam bez celu, tak jak idzie się do ciepłego miejsca z zimna. Zatrzymała mnie dopiero kobieta zza lady, która uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:
– Pani Dominiko! Mamy tę sukienkę, o którą pani pytała, w beżu.
Zatrzymałam się. Wiedziała, jak mam na imię. Wiedziała, że lubię espresso bez cukru i że noszę rozmiar 38. Zaproponowała kawę, zanim zdążyłam się odezwać. Była życzliwa, uprzejma i zupełnie nieświadoma, że właśnie pokazała mi lustro.
Byłam w tym butiku dziewięć razy w ciągu pięciu tygodni. Dziewięć. Znała moje imię, rozmiar i zamówienie na kawę. A ludzie, którzy znali mnie od lat, od tygodni nie słyszeli ode mnie niczego poza „stać mnie”.
W przymierzalni stanęłam przed lustrem w beżowej sukience za 1 890 złotych. Piękna. I w tym samym momencie przypomniałam sobie, że w mojej szafie wisi dokładnie taka sama. Z metką. Kupiłam ją w marcu.
Nie umiem tego opisać inaczej niż tak: zobaczyłam siebie z zewnątrz. Kobietę, która za pieniądze próbuje kupić to, czego nie da się kupić, i która kupuje ponownie to, czego już nie nosi, bo nie wie, co jeszcze zrobić z rękami.
Powiedziałam: „Dziękuję, nie dzisiaj”. Wyszłam, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa na schodach. Usiadłam na stopniu przed butikiem i siedziałam tak chyba dwadzieścia minut. Oczy mnie piekły. Nie płakałam. Po prostu patrzyłam na ludzi z torbami i pomyślałam: ja już też jestem jednym z nich. To był moment, w którym przestałam nazywać swój doom spending „dbaniem o siebie”.
Tego wieczoru po raz pierwszy od trzech tygodni otworzyłam aplikację bankową.
10. Pięć zdań, którymi tłumaczyłam sobie doom spending
Dziś widzę, że wszystko było jasne już w marcu. Ale doom spending ma dar przekonywania, bo mówi głosem rozsądnej osoby. Nigdy nie krzyczy „kup”. Szepcze rzeczy, z którymi trudno się nie zgodzić. Oto pięć zdań, które powtarzałam sobie najczęściej.
„Zasłużyłam”. Po takim ciosie każdy zasługuje na przyjemność, i to prawda. Tyle że przyjemność to nie to samo co znieczulenie. Przyjemność zostaje w ciele po fakcie. Znieczulenie znika razem z działaniem i trzeba je powtarzać.
„To inwestycja w siebie”. Płaszcz, zabieg, łóżko. Inwestycja daje zwrot, a ja kupowałam rzeczy, których nie nosiłam i w których się nie widziałam. Nazwa była ładna, treść pusta.
„Przecież mnie stać”. To zdanie było prawdziwe do połowy lipca. Doom spending lubi zdania, które są prawdziwe tylko do pewnego momentu, bo ten moment zawsze wydaje się odległy.
„Zaraz przestanę, tylko to jedno”. To „jedno” zamawiałam codziennie przez 140 dni.
„Radzę sobie, przecież świetnie wyglądam”. Nikt z zewnątrz niczego nie widział. Doom spending potrafi być bardzo elegancki: ładne torby, zadbana twarz, uśmiech przy stoliku. Im piękniejsza była fasada, tym trudniej było mi uwierzyć, że za nią coś się wali.
Jeśli któreś z tych zdań brzmi znajomo, zatrzymaj się na chwilę. Nie po to, żeby się oceniać, tylko żeby usłyszeć, co mówi twój doom spending, zanim zacznie decydować za ciebie.
11. Czterdzieści tysięcy trzysta dwanaście złotych – bilans doom spendingu
Przez trzy tygodnie nie otwierałam aplikacji, a mój doom spending rósł w ciszy. Nie z lenistwa, tylko ze strachu, że liczba mnie ugryzie. W anglojęzycznych tekstach nazywa się to czasem „money dysmorphią”: unikaniem wyciągów, bo prawda boli bardziej niż niepewność. Doom spending często idzie w parze z unikaniem, które karmi spiralę. Im bardziej boisz się liczby, tym łatwiej ją zwiększasz.
W końcu otworzyłam ekran i przepisałam wszystko do notatki w telefonie. Zachowałam ją do dziś:
Notatka, 17 lipca, 22:14
Konto „Nasze mieszkanie”: 22 000 zł → 0,00 zł
Karta kredytowa: − 11 200 zł
Limit w koncie: − 7 112 zł
Razem: 40 312 zł
Piotr odszedł 27 lutego. To jest cena 140 dni.
Konto, które nazwaliśmy „Nasze mieszkanie”, było puste. Wydałam „nasze mieszkanie” na ubrania, w których nie wychodziłam z domu. Karta kredytowa była wykorzystana prawie do limitu, a w koncie miałam zaciągnięty debet, o którym nie pamiętałam, że go kiedykolwiek otworzyłam.
Oto, dokąd poszły pieniądze:
Ubrania, buty i torebki
11 480 zł. Trzydzieści jeden rzeczy, z czego noszone trzy.
Lizbona dla jednej osoby
8 940 zł. Sześć dni, na które nikt nie czekał w Gdyni.
Przemeblowanie mieszkania
9 610 zł. Łóżko, sofa, dywan, zasłony i lampy. Wszystko oprócz tego, co bolało.
Kolacje, prezenty, zabiegi, taksówki
8 164 zł. Kupowana obecność.
Drobiazgi z paczek
2 118 zł. Książki, rośliny, gadżety. Rzeczy, których nie pamiętam.
Najgorsze było to, że żadna z tych rzeczy nie poprawiła mi nastroju na dłużej niż do rana. 140 dni, czterdzieści tysięcy, i ani jednej chwili, kiedy powiedziałabym: „Warto było”. To, co kupowałam, nie istniało w sklepach. Chciałam kupić osiem lat cofniętych w czasie.
12. Ola przyjechała z workami na ubrania
Zadzwoniłam do Oli o 22:40. Pierwszy raz od tygodni zadzwoniłam bez powodu, z jednym zdaniem: „Wydałam czterdzieści tysięcy złotych i nie wiem, co ze sobą zrobić”.
Ola przyjechała w dwadzieścia pięć minut, w kapciach i kurtce narzuconej na piżamę. W ręku miała trzy duże worki na ubrania. Nie powiedziała „jak mogłaś”, „co ci przyszło do głowy”, „czemu mi nie powiedziałaś”. Rozejrzała się po przedpokoju zawalonym kartonami i zapytała tylko:
– Pokaż szafę.
Otworzyłam. Ola przejechała palcem po wieszakach, zatrzymała się na jednej metce i zagwizdała cicho. Potem odwróciła się do mnie i powiedziała najspokojniejszym głosem na świecie: „No to zaczynamy”.
Do czwartej nad ranem sortowałyśmy ubrania na dwa stosy. Te, które da się zwrócić, i te, które trzeba sprzedać. Okazało się, że prawo do zwrotu dla większości zamówień online (czternaście dni) już minęło. Z sześciu sztuk udało się odesłać sklepom to, co miało metki i było w terminie. Resztę wystawiłam w kolejnych tygodniach do odsprzedaży. Odzyskałam z tego około 4 900 złotych, czyli niecałe dwanaście procent tego, co wydałam.
W pewnym momencie Ola usiadła na brzegu sofy, trzymając w rękach beżową sukienkę z metką, i powiedziała coś, co zapamiętałam do końca życia:
– Rok po rozwodzie kupiłam kuchnię za dwadzieścia osiem tysięcy. Nie lubię gotować. Nie lubię tej kuchni. Nigdy ci o tym nie mówiłam, bo było mi wstyd.
Spojrzałyśmy na siebie. Potem Ola zapytała jeszcze:
– O której godzinie boli najbardziej?
– O siedemnastej piętnaście – odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć.
Ola pokiwała głową, jakby to była najnormalniejsza odpowiedź świata. I właśnie to było najbardziej wyzwalające. Nikt mnie nie ocenił. Nikt nie powiedział „weź się w garść”. Tej nocy po raz pierwszy od pięciu miesięcy powiedziałam na głos, że Piotr odszedł i że to boli. Doom spending przestał być moim sekretem.
Rano Ola zostawiła mi na lodówce kartkę z numerem do psycholożki. Pod spodem dopisała: „Zadzwoń przed południem. Zanim zdążysz sobie wytłumaczyć, że nie trzeba”.
13. Doom spending po rozstaniu – 7 sygnałów, że to już ucieczka, a nie zakupy
Nie każdy zakup po rozstaniu to problem. Nowa szczoteczka do zębów, kwiaty na parapet i sukienka na pierwsze wyjście bywają zdrowym gestem w stronę siebie. Różnica leży w tym, po co kupujesz i co dzieje się po kliknięciu. Oto siedem sygnałów, które zapaliłyby mi się w marcu, gdybym je znała.
1. Kupujesz o tej samej godzinie
Mnie wyzwalała 17:15, czyli godzina, o której wracał Piotr. Dla kogoś innego będzie to weekend albo wieczór po położeniu dzieci. Jeśli kupujesz zawsze w tym samym punkcie dnia, to nie zakupy, tylko rytuał ucieczki.
2. Radość trwa krócej niż dostawa
Czujesz ulgę w chwili płatności, a zanim paczka dotrze, wraca zimno. Jeśli najlepsze jest powiadomienie „przesyłka w drodze”, to nie rzecz cię cieszy, tylko oczekiwanie.
3. Nie rozpakowujesz i nie używasz
Folie, metki, pudełka stojące w kącie. Rzeczy, które mają dla ciebie wartość tylko w momencie zakupu, to znak, że kupujesz emocję, a nie przedmiot.
4. Unikasz aplikacji bankowej
Nie sprawdzasz salda, nie otwierasz wyciągu, odkładasz „na później”. Doom spending żywi się niewiedzą, bo liczba, której nie znasz, nie może cię zatrzymać.
5. Płacisz za innych, żeby zostali
Stawiasz kolejne kolacje, kupujesz prezenty bez okazji, boisz się, że bez twojej hojności przestaną przychodzić. Płacisz za obecność, a nie za przyjemność.
6. Sięgasz po pieniądze „na przyszłość”
Rozwiązujesz lokatę, wypłacasz z konta z celem, wchodzisz w debet. Wydajesz właśnie to, co miało budować jutro, w którym już nie wierzysz.
7. Po zakupie czujesz wstyd, a po wstydzie kupujesz więcej
To najbardziej charakterystyczny element spirali. Wstyd boli, więc szukasz ulgi, a najbliższa dostępna ulga jest w koszyku.
Jeśli rozpoznajesz u siebie trzy lub więcej, nie oceniaj się. To nie jest „słaba wola”. To znak, że ból szuka drogi ucieczki, a zakupy są po prostu najbliższe i najwygodniejsze.
Doom spending nie jest jedyną drogą zagłuszania. Opowiada o tym historia Michała, 24 lat, który po rozstaniu rzucił się w ramiona kolejnej dziewczyny, a nie do koszyka. Jego związek z odbicia po rozstaniu działał dokładnie jak moje zakupy: jako szybki, znieczulający zastrzyk, po którym ból wraca z odsetkami.
14. 8 zasad, które zatrzymały mój doom spending
Zaczęłam nie od silnej woli, tylko od tarcia. Doom spending żyje z łatwości. Wystarczy dotknąć telefonu i dwie sekundy później paczka jest w drodze. Moja terapeutka powiedziała, że nie mamy walczyć z impulsem, tylko go spowolnić. Impuls trwa kilkanaście minut. Reszta to wymówki, które można rozbroić.
Całość wpisała się w ogólniejszy plan z naszego 30-dniowego planu dochodzenia do siebie po rozstaniu, tylko z jednym dodatkiem: osobną strategią na pieniądze.
1Zabierz sobie łatwość
Usuń zapisane karty ze sklepów i aplikacji, odinstaluj te, w których kupowałaś najczęściej, wyłącz powiadomienia i wypisz się z newsletterów. Ja zrobiłam to w jeden wieczór. Dzięki temu między impulsem a zapłatą pojawiło się kilka minut, a właśnie w nich impuls zwykle gasł.
2Zasada 48 godzin
Wszystko powyżej dwustu złotych trafia do koszyka i leży tam dwie doby. Po dwóch dniach większość rzeczy z koszyka przestawała mnie interesować. Ta zasada oszczędziła mi więcej niż jakikolwiek budżet.
3Zaplanuj swoją godzinę
Znajdź porę, w której kupujesz najczęściej, i zajmij ją czymś innym. Ja o 17:15 wychodziłam na molo w Orłowie, dzwoniłam do Oli albo zamykałam się w pracowni. Nie zawsze pomagało, ale zawsze było alternatywą.
4Policz wszystko jednym razem
Raz, jednego wieczoru, z herbatą i bez ucieczki. Wszystkie wyciągi, wszystkie raty, wszystkie kwoty. Strach przed liczbą jest zawsze większy niż sama liczba. Mnie ulżyło już dlatego, że w końcu wiedziałam.
5Powiedz komuś na głos
Jednej osobie, która nie oceni. Moja Ola siedziała na brzegu sofy i trzymała sukienkę z metką. Wstyd traci moc, kiedy zostaje wypowiedziany.
6Odzyskaj, co się da – bez karania się
Zwroty, sprzedaż, wymiana. Nie traktuj tego jako kary, tylko jako zamykanie rozdziału. Odzyskałam około 4 900 złotych i z każdą sprzedaną sukienką czułam, że oddaję cząstkę wstydu.
7Przemianuj konto na „Moje mieszkanie”
Założyłam automatyczny przelew na pierwszy dzień po wypłacie, na początku symboliczny: 200 złotych. Konto, które wcześniej nazywało się „Nasze mieszkanie”, dziś ma nazwę „Moje mieszkanie”. To nie kwota, to dowód, że przyszłość znów istnieje.
8Szukaj profesjonalnej pomocy
Kiedy zakupy wymykają się spod kontroli, rozmowa z psychologiem nie jest luksusem, tylko częścią planu. Więcej o tym, kiedy i jak zacząć, znajdziesz w tekście o terapii po rozstaniu.
Zdania, które powtarzałam sobie o 17:15
- „To jest ból, nie głód zakupowy.”
- „Mogę poczekać 48 godzin, a potem zdecyduję.”
- „Zadzwonię do Oli zamiast do sklepu.”
- „Nie muszę być nową wersją siebie, żeby zasługiwać na spokojny wieczór.”
Kiedy to już wymaga pomocy specjalisty
Jeśli twoje wydatki są tajne, rosną mimo szczerych prób zatrzymania, a poczucie beznadziei dotyczy już nie tylko pieniędzy, ale wszystkiego, umów się do psychologa lub psychiatry. Kompulsywne zakupy bywają osobnym problemem, który wymaga leczenia.
Jeśli czujesz, że sytuacja cię przerasta, zadzwoń na bezpłatny telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym 116 123. W bezpośrednim zagrożeniu życia dzwoń pod 112.
15. Co naprawdę kupowałam – rozmowa z terapeutką
Na pierwszą sesję poszłam z teczką. Naprawdę. Wydrukowałam wyciągi, pogrupowałam je w kolorowe zakładki i usiadłam naprzeciwko pani Hanny, jakby chodziło o audyt. Terapeutka spojrzała na teczkę, potem na mnie i zapytała tylko:
– Co pani czuła, kiedy klikała „zapłać”?
– Ulgę – powiedziałam.
– A czego ta ulga miała panią uchronić?
Zamilkłam. Przez całą sesję nie potrafiłam odpowiedzieć. Dopiero na trzecim spotkaniu, w pewien wtorek, wyrwało mi się: „Przed tym, że to koniec”.
Pani Hanna pokiwała głową. Powiedziała coś, co brzmiało jak wyrok, ale było ulgą: „Pani nie wydała czterdziestu tysięcy na ubrania. Zapłaciła pani za to, żeby przez pięć miesięcy nie musieć być ze stratą. To bardzo drogi sposób na żałobę”.
Żałobę. Nigdy nie nazwałam tego tak. Myślałam, że żałoba jest po śmierci, a nie po człowieku, który wyprowadził się do kawalerki w Gdańsku. Tymczasem to, co robiłam, miało wszystkie jej elementy: zaprzeczenie, targowanie się, gniew skierowany do siebie. Dopiero po lekturze tekstu o żałobie po rozstaniu zrozumiałam, że nie zwariowałam, tylko żegnam coś, czego nie umiałam pożegnać.
Doom spending okazał się dla mnie zastępczym rytuałem. Zamiast płakać, kupowałam. Zamiast mówić „brakuje mi ciebie”, pisałam numer karty. Zamiast czekać na Piotra, czekałam na kuriera. Pani Hanna nazywała to „wydawaniem emocji w walucie, którą mam pod ręką”.
Razem sporządziłyśmy mapę moich wyzwalaczy. Godzina 17:15. Niedzielne południe, kiedy kiedyś szliśmy na targ. Każdy moment, w którym coś w telefonie przypominało mi o Piotrze. Okazało się, że mój doom spending nie pojawiał się znikąd. Miał rozkład jazdy, tak jak kurier.
Pani Hanna powiedziała, że nazwany wyzwalacz traci połowę siły. Miała rację. Odkąd wiedziałam, że 17:15 to nie „zwykła godzina”, tylko godzina, w której boli, przestałam być jej zakładniczką.
Nie musiałam walczyć z doom spendingiem, żeby się uzdrowić. Musiałam przestać uciekać przed tym, co czuję. Zakupy zniknęły same, kiedy przestały być potrzebne.
16. Październik, 17:15 – jak wygląda mój dzień dzisiaj
Mamy październik. Doom spending nie zniknął w jeden dzień i nie zniknął po jednej rozmowie. Od rozstania minęło osiem miesięcy, od ostatniego impulsywnego zakupu dwa i pół. Z trzydziestu jeden rzeczy, które kupiłam wiosną, zostało siedem. Noszę je. Reszta wróciła do sklepów albo ma nowych właścicieli.
Dług z karty i z debetu, łącznie 18 312 złotych, zmalał do 3 400. Oddaję go spokojnie, w ratach, bez ukrywania wyciągów. Konto „Moje mieszkanie” ma dziś 2 300 złotych. To mało, ale rośnie.
Prawdziwa zmiana zaszła jednak gdzie indziej. O 17:15 nie otwieram już aplikacji sklepu. Zamykam laptopa, wkładam płaszcz (ten sam, który kupiłam we wtorek w marcu, i który na szczęście okazał się dobrym płaszczem) i wychodzę na molo w Orłowie. Czasem dzwonię do Oli. Czasem tylko idę.
Zmieniło się też coś w mojej pracy. Kiedy klientka mówi mi dziś, że po rozstaniu chce „urządzić wszystko od nowa”, nie zaczynam od katalogu, tylko od pytania, czy to nie jest przypadkiem doom spending w pięknym wydaniu. Nie zawsze jest. Ale czasem wystarczy to zapytać, żeby ktoś odetchnął i odłożył zamówienie na dwa tygodnie.
Wczoraj wracałam do domu dokładnie o 17:15, bo cały dzień spędziłam u klientki w Sopocie. Wyjęłam klucze, włożyłam do zamka i usłyszałam dźwięk: dwa obroty, szarpnięcie za klamkę. W przedpokoju była cisza. Powiedziałam do niej na głos: „Jestem”.
Po raz pierwszy od lutego ten dźwięk nie zabolał. Był po prostu moim kluczem, w moim zamku, w moim domu, który nie musi już być niczym ozdobiony, żeby dało się w nim zostać.
Piotr napisał do mnie we wrześniu. Krótko: „Słyszałem, że było ci ciężko. Przepraszam”. Odpisałam: „Dziękuję. Już lepiej”. To była prawda i nie potrzebowałam niczego więcej.
17. Doom spending – czego nauczyła mnie ta historia
Nie zostałam ekspertką od finansów. Zostałam kobietą, która wie, ile kosztuje ucieczka. Oto, co zapamiętałam.
Po pierwsze: doom spending nie jest głupotą ani słabą wolą. To próba ulgi dostępnym narzędziem, a ulga jest ludzka.
Po drugie: ból nie zostaje w sklepie, w mieście ani w nowym wnętrzu. Zawsze wraca razem z tobą.
Po trzecie: jeśli kupujesz zawsze o tej samej porze, to nie zakupy, tylko godzina, która boli. Zaplanuj ją inaczej.
Po czwarte: wstyd karmi spiralę. Powiedz o tym jednej osobie, a siła, z jaką wstyd cię trzyma, osłabnie.
Po piąte: liczba, której unikasz, jest zawsze mniejsza niż strach przed nią. Policz wszystko, choćby ze ściśniętym gardłem.
Po szóste: przyszłość nie musi być szeroka jak łóżko ani droga jak sukienka. Wystarczy, że jest. Zacznij od dwustu złotych miesięcznie na konto z twoim imieniem.
Jeśli czytasz to z otwartym koszykiem w drugiej karcie, zrób dla mnie jedną rzecz. Zamknij go na 48 godzin. Nie rezygnuj, tylko poczekaj. Doom spending potrzebuje pośpiechu, a ty możesz mu go odebrać.
I jeszcze coś. Jeśli już wydałaś więcej, niż chciałaś, nie jesteś gorsza ode mnie ani od nikogo. Wydałam czterdzieści tysięcy złotych i ciągle jestem kobietą, która potrafi się podnieść. Ty też potrafisz, nawet jeśli dziś ci się wydaje, że wszystko, co masz, to kolejna paczka w drodze.
18. FAQ – doom spending po rozstaniu, najczęstsze pytania
Czym jest doom spending?
To impulsywne wydawanie pieniędzy, które ma uspokajać i dawać poczucie kontroli, wywołane pesymizmem wobec przyszłości. Najczęściej opisuje się go w kontekście kryzysów i złych wiadomości, ale ten sam mechanizm widać po rozstaniu.
Czy doom spending po rozstaniu to choroba?
Nie, doom spending to potoczne określenie, a nie diagnoza. Jeśli jednak zakupy stają się kompulsywne, tajne i szkodliwe, warto skonsultować się z psychologiem lub psychiatrą, bo mogą wymagać leczenia.
Dlaczego po rozstaniu tak łatwo wydaję pieniądze?
Rozstanie odbiera poczucie kontroli i obraz przyszłości. Zakupy dają szybką, krótką ulgę, a smutek zwiększa skłonność do wybierania „tu i teraz”. Doom spending wykorzystuje oba te mechanizmy naraz.
Jak odróżnić doom spending od zwykłej „terapii zakupowej”?
Jednorazowa przyjemność, na którą cię stać, to nie problem. Doom spending ma wzorzec: powtarza się o tej samej porze, rośnie, bywa ukrywany i zostawia wstyd. Jeśli po zakupie czujesz się gorzej niż przed, to sygnał ostrzegawczy.
Co zrobić, gdy po doom spendingu mam już długi?
Nie ignoruj ich i nie chowaj wyciągów. Policz wszystko, a potem porozmawiaj z bankiem, zanim pojawią się opóźnienia, bo wiele instytucji proponuje restrukturyzację rat. Warto też skorzystać z bezpłatnej porady konsumenckiej. Nie jestem doradczynią finansową, więc przy doom spendingu połączonym z długami pytaj specjalistę.
Czy mogę zwrócić zakupy zrobione w emocjach?
Przy zakupach przez internet masz zwykle czternaście dni na odstąpienie od umowy, ale to zależy od sklepu i rodzaju produktu. Jeśli termin minął, możesz sprzedać rzeczy w serwisach z używanymi ubraniami. Z doświadczenia: odzyskasz część kwoty, ale już samo wystawienie ogłoszeń przynosi ulgę.
Czy doom spending dotyczy tylko kobiet?
Nie. Mężczyźni też zagłuszają rozstanie zakupami: sprzętem, samochodem, drogimi hobby. Różni się tylko opakowanie. Mechanizm doom spending jest ten sam: ulga w chwili płatności i ból, który wraca razem z fakturą.
Jak długo trwa doom spending po rozstaniu?
Nie ma jednej odpowiedzi i nie znam badań, które by ją podawały. U mnie trwał pięć miesięcy, aż do dnia, w którym zobaczyłam siebie z zewnątrz. U kogoś innego może to być tydzień albo rok. Ważniejsze od czasu jest to, czy zauważysz wzorzec, zanim zrobi się kosztowny.
Jak pomóc bliskiej osobie, która wydaje bez opamiętania po rozstaniu?
Nie oceniaj i nie rób wykładów. Zrób to, co zrobiła Ola: przyjdź, usiądź obok i zacznij pomagać. Zapytaj, o której godzinie boli najbardziej. Zaproponuj wspólne sortowanie rzeczy i numer do psychologa.
Kiedy z doom spendingiem iść do specjalisty?
Gdy wydatki są ukrywane, rosną mimo prób zatrzymania, pojawia się dług albo poczucie, że nic nie ma sensu. Możesz też zadzwonić na telefon zaufania 116 123. Rozmowa nie musi mieć „odpowiedniego” powodu.
Jeśli rozpoznajesz siebie w tej historii, nie musisz przechodzić przez to sama.
Społeczność CzasRozstania
Nie musisz przechodzić przez to sama
Na naszej stronie na Facebooku znajdziesz codzienne słowa otuchy, historie osób, które wyszły z podobnych sytuacji, i ludzi, którzy rozumieją, jak to jest.
Jesteśmy po to, żeby w czasie rozstania było trochę lżej.
Przeczytaj też
Co naprawdę zagłuszasz
Jak ukoić ciało
Inny sposób zagłuszania
Gdy potrzebujesz pomocy
Terapia po rozstaniu – 8 powodów, dla których warto i jak wybrać dobrego psychologa




